Budzimy się skoro świt. Krótki rekonesans po okolicy w północnej części Świętokrzyskiego Parku Narodowego i musimy jechać dalej. W Suchedniowie dostajemy za darmo jabłka i ogórki od sprzedawcy, gdy zdradzamy mu cel naszej wyprawy. Prawie na każdym kroku wzbudzamy ciekawość i zainteresowanie przypadkowych ludzi. Kasjerka na stacji też wykazuje cierpliwość dla naszych wymagań co do połączeń kolejowych. Udaje się w końcu kupić bilet łączony z 3 przesiadkami. Jednak na marne. W Skarżysko Kamiennej ucieka nam pociąg do Radomia. Zabrakło minuty (tylko) potrzebnej na zmianę peronów. Na dokładkę kasy na stacji w Skarżysku nie działają. Awaria systemu i to trzeci dzień (?). I tu przypomina mi się komentarz mojego kolegi Roberta, kiedy w kilku zdaniach nakreślałem mu logistykę projektu. "I ty wierzysz, że pociągi na kolei polskiej będą jeździć tak jak sobie zaplanowałeś?" Już drugiego dnia okazało się, że jego pytanie retoryczne stało się wykładnią rzeczywistości a ja przeceniłem możliwości naszego narodowego przewoźnika. Ale trzeba sobie radzić. Nie odpuszczamy i próbujemy innych możliwości połączeń do Lublina.
Nasza wytrwałość dała efekty bo już po 13 byliśmy na miejscu. Udało nam się przekonać konduktora z IC do zabrania nas z rowerami, choć specjalnego wagonu do przewozu rowerów nie było w tym składzie. Dodatkowo w pociągu doładowaliśmy powerbanki i telefony. Humor poprawiły nam również dania serwowane w barze dworcowym w Lublinie. Dobre, aczkolwiek nawiązujące do perelowskich standardów. Do tego kawa plujka podawana w szklance. Polecam dla miłośników lat 80. Pokrzepieni posiłkiem ruszyliśmy w kierunku Urszulina. Gdzieś po drodze padło na liczniku pierwsze 100 km. Dzień zakończyliśmy upragnioną kąpielą w jeziorze Rotcze. Jeszcze tylko ciepły posiłek ugotowany na turystycznym gazie i można wskakiwać do śpiwora. Pogoda dopisuje, więc kolejna noc w namiocie. Jutro jedziemy na bagna.