Bieszczadzki Park Narodowy przywitał nas zmienną pogodą. Na przemian padał deszcz i nieśmiało pokazywało się słońce. Już bez presji czasowej wynikającej z rozkładu pociągu delektowaliśmy się przyrodą Bieszczad. Kilkukrotnie widzieliśmy krążące orliki krzykliwe. Z kolei na łące przy granicy parku mogliśmy obserwować sejmik bocianów białych. Ponad 100 osobników tego gatunku zebrało się w jednym miejscu, żeby wyczekiwać na sprzyjające warunki pogodowe niezbędne do jesiennej migracji. À propos wędrówki. Podczas naszej wyprawy często spotykamy innych podróżujących rowerzystów. Bardzo dobrze nam się z nimi nawiązuje kontakt, łączy nas wszak ta sama pasja do dwóch kółek. Ale jak duża może być miłość do roweru, żeby wybrać się na maraton wokoło granic Polski? I jaka musi być  determinacja, żeby dystans ponad 3200 km pokonać jak najszybciej? Dzisiaj zadawaliśmy sobie tym podobne pytania, gdy mijali nas uczestnicy tego rajdu. Mieli zdecydowanie mniej ekwipunku niż my, lżejsze rowery i chyba stalowe mięśnie. Najlepsi zawodnicy pokonują całą drogę maratonu w 7 dni. Akurat tak się złożyło, że w tym dniu wjechaliśmy na trasę tego wyścigu i to w środek stawki. Kibicując uczestnikom rajdu i podziwiając przepiękne widoki dotarliśmy do Cisnej. Zaczęło mżyć, więc tą noc spędziliśmy na kwaterze.