Gdy rano wyruszaliśmy z Cisnej, chmury całkowicie pokrywały niebo. Na szczęście pogoda stopniowo się poprawiała i słońce zaczęło nieśmiało rozświetlać bieszczadzkie łąki. Od początku na naszej trasie nie brakowało stromych podjazdów, ale widoki w zupełności rekompensowały trudy podróżowania. W Komańczy odwiedzamy prawosławną cerkiew, zbudowaną z jodłowych bali. To tylko przelotny kontakt z bogatą historią tych ziem. Tuż przed Krępną przekraczamy 500 km na liczniku. Do Magurskiego Parku Narodowego dostajemy się długim i brawurowym zjazdem. To jeden z mniejszych parków w naszym kraju, ale za to bardzo urokliwy. Jedziemy wąską doliną Wisłoki ze starymi, drewnianymi budynkami, w których pod jednym dachem są izby mieszkalne i  pomieszczenia dla zwierząt i inwentarza. Później otaczają nas bukowo-jodłowe lasy mieszane. Magurski PN oferuje wiele ciekawych szlaków pieszych, ale nie stać nas czasowo na ich przejście. Musimy jechać dalej. Z parku wyjeżdżamy jeszcze bardziej emocjonującym i długim zjazdem. Noc wyjątkowo zimną jak na tą porę roku (5 stopni) przesypiamy w namiocie na widowiskowej łące kilkanaście kilometrów za parkiem.